Dziś bardzo nietypowo, choć nie do końca. Przecież wpis będzie dotyczył także muzyki. W piątek, na sam koniec krótkiego urlopiku, wybraliśmy się z Żoną do kina na film dokumentalny traktujący o życiu Whitney Houston. I do tego kina poszliśmy właściwie z marszu. Przechodząc, spojrzałem na plakaty i mówię „Patrz, film o Whintey”. Żona „Idziemy”. Seans o 15:50, może dlatego na sali było z piętnaście osób. Średnia wieku 55. Słabe to jest. Drodzy Państwo, nie będzie to typowa recenzja filmu, to raczej moja opowieść o ludziach, o nas samych…
