piątek, 21 kwietnia 2017

Allan Holdsworth - Sand (1987)

Side One:
  1. Sand
  2. Distance vs. Desire
  3. Pud Wud
Side Two:
  1. Clown
  2. The 4.15 Bradford Executive
  3. Mac Man
Z cyklu „Atrakcyjna Osiemdziesiątka”
W trakcie wcinania serników, jajek, chrzanu, żuru i ogólnego odprężenia z nicnierobieniem, dotarła do mnie wiadomość o śmierci Allana Holdswortha, która bardzo mnie zasmuciła. Jeszcze smutniejsze okazało się to, że tak znakomity gitarzysta, kompozytor, uczestniczący w dziesiątkach projektów zmarł w biedzie. Bo przecież prócz solowej twórczości Holdsworth grał w tak znamienitych zespołach jak Gong, UK, Soft Machine, Nucleus czy ostatnio w tworze nazwanym HoBoLeMa. Wielka szkoda i wstyd, że taki Artysta odchodzi właściwie zapomniany i do tego w nędzy. A dlaczego album Sand? Jak nietrudno się domyśleć była to pierwsza solowa płyta Holdswortha w mojej kolekcji, od której zaczęła się moja przygoda z tym wspaniałym gitarzystą. Dodatkowo, w tym roku mija trzydzieści lat od jej wydania…

Album trafił do mojego domu gdzieś w okolicach 1993 roku. Pewien facet sprzedał mi go za grosze twierdząc, że więcej nie będzie tego słuchał a i winyle już go nie obchodzą. Jak tak, to biorę. W zestawie było jeszcze wiele innych ciekawych albumów, ale o tym może innym razem.
Pamiętam jak czytałem na okładce tytuły poszczególnych utworów oraz skład personalny. A tam między innymi Jimmy Johnson (gitara basowa), Gary Husband (perkusja), Chad Wackerman (perkusja, instrumenty perkusyjne), Alan Pasqua (klawisze). No i oczywiście Allan Holdsworth, który w jednym utworze gra na gitarze, w pozostałych na czymś co zwie się synthaxe. Wtedy nie miałem pojęcia cóż to za dziwo ten synthaxe. Oczywiście po tym co było słychać po odpaleniu płyty jak i samej nazwie, można się było domyśleć, że to jakieś połączenie gitary i klawiszy. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się dokładnie co to jest ten synthaxe. Proszę sobie sprawdzić co to za cudo i jak się na tym gra. Instrument dawał wiele możliwości uzyskiwania przeróżnych dźwięków, brzmień i efektów przez co można było za jego pomocą mocno improwizować. Dlatego w tym instrumencie zakochał się też Allan Holdsworth, który twierdził, że daje mu on bardzo wiele możliwości i dzięki niemu będzie mógł realizować swoje muzyczne pomysły. Już na płycie Atavachron z 1986 roku Holdsworth zanurzył się w dźwięki uzyskiwane przy pomocy synthaxe, nawet na okładce płyty stoi dumnie z tym instrumentem. Ale dopiero na Sand użył go w pełni, praktycznie rezygnując z gitary elektrycznej (ta wystąpiła tylko w jednej kompozycji).

Na albumie znalazło się sześć kompozycji, po trzy na każdą stronę. Całość otwiera utwór tytułowy. I od pierwszych chwil mamy synthaxe w roli głównej. Syntezatorowe dźwięki, które wprowadzają słuchacza w utwór. Po minucie wchodzi znakomita sekcja i kompozycja nabiera odcieni fusion. Naprawdę ciekawie to brzmi. Synth-fusion, bo tak zwykłem zwać tę muzykę, niektórych uspokaja i koi inni reagują agresją twierdząc, że to „ejtisowe” dziwadło.
W kolejnym Distance vs. Desire usłyszymy już tylko i wyłącznie Allana i jego synthaxe. Rockmani zareagują na to pewnie alergią i obrzydzeniem. Ja, który lubi lata osiemdziesiąte i dźwięki tamtejszych syntezatorów słucham tej kompozycji z przyjemnością, uciekając w zadumę i marzenia.
Stronę pierwszą zamyka Pud Wud. Tu wraca znakomita sekcja z basem na czele. I to właśnie w tym utworze Allan gra przez chwilę na gitarze elektrycznej, prezentując nam kapitalną solówkę. Mocna, o ile nie najmocniejsza  pozycja na tej płycie.
Kompozycje ze strony drugiej właściwie nie odbiegają jakoś szczególnie od tych ze strony pierwszej. Zabawa perkusji, dobry bas i syntezatorowe brzmienia dziwadła (jak często nazywano synthaxe). Proszę zwrócić jednak baczniejszą uwagę na kompozycję The 4.15 Bradford Executive, w której Allan uzyskuje dźwięki zbliżone do gitary elektrycznej wcale jej nie używając. Kolejny ciekawy moment na tym albumie.

 
Płyta przysłowiowego szału nie narobiła. Do dziś ma sporo miłośników, ale chyba więcej znajdziemy jej przeciwników. Ogromna niechęć do synthaxe i wydawanych przez ten instrument dźwięków, zniechęciła, czy wręcz odrzuciła, od tej płyty wielu melomanów gitary elektrycznej. Ja się tu też specjalnie nie kłócę, bo rzeczywiście to mocno syntezatorowy album. Jednak był on próbą zmierzenia się z nowym, zastosowania możliwości tak dziwnego instrumentu do stworzenia nowoczesnego fusion. Tak czy inaczej, to naprawdę interesująca muzyka i ciekawe kompozycje. Polecam tym, dla których syntezatory nie są obce, lubią je i odnajdują się w muzyce lat osiemdziesiątych. Reszta może zgrzytać zębami choć i tych namawiam do tego aby dali szansę tej płycie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz