poniedziałek, 30 marca 2015

Tritonus - Between The Universes (1976)

Side One:
  1. Between The Universes
  2. Mars Detection
Side Two:
  1. Suburban Day Suite
  • The Day Awakes
  • The Day Works
  • The Day Rests

Dziś krótko ponieważ obowiązki nie pozwalają na wiele. Twórcą i założycielem tej niemieckiej grupy był Peter K. Seiler, grający na instrumentach klawiszowych. Był studentem (studiował muzykę klasyczną) który marzył o tym aby grać rocka i tworzyć muzykę podobną do tej, którą grali panowie z Emerson, Lake & Palmer. Do tego przedsięwzięcia dołączyli wokalista Ronald Brand, grający też na gitarach basowej i elektrycznej oraz perkusista Bernhard Schuh. Już jako Tritonus nagrali dwa albumy (debiut został wydany w 1975 pod tytułem Tritonus). Do nagrania drugiego albumu panowie zaprosili wokalistę Geffa Harrisona, który dopiero co rozstał się z grupą Kin Ping Meh.




Tak naprawdę to trochę zapomniany zespół. Może swoją twórczością nie zasłużył się jakoś wybitnie dla muzyki, ale ja wracam do Between The Universes z wielką ochotą. Album oparty jest przede wszystkim na instrumentach klawiszowych.
Już pierwszy, tytułowy utwór zawarty na tej płycie o tym świadczy. Wita nas ściana organowych dźwięków z ciekawą perkusją i odgłosami kotłów. Bardzo udany, mocny wstęp po którym następuje uspokojenie. Takich zmian mamy tu kilka. Paleta instrumentów klawiszowych użyta w tym utworze jest dość pokaźna. W okolicach trzeciej minuty nadchodzi mały minus tego otwieracza, wokale (Geff Harrison). Tyle lat, a ja do dziś się nie mogę do niego przekonać. Całe szczęście, to muzyka wyraźnie tu wygrywa.
Drugim i ostatnim utworem na stronie A jest Mars Detection. To trwający nieco ponad osiem minut utwór instrumentalny.  Tu ponownie mamy dominację instrumentów klawiszowych, które tworzą całą tą przytłaczająco – kosmiczną atmosferę. Nie możemy zapomnieć tutaj o dość ciekawej pracy Schuha na perkusji. Ciekawa kompozycja.

Strona B tego winyla to suita zatytułowana Suburban Day Suite, która składa się z trzech części. Pierwsza odsłona nosi tytuł The Day Awakes. Na sam początek piękne kosmicznie brzmiące klawisze z małym wtrąceniem cymbałów.  Jak sam tytuł sugeruje dzień się budzi, słychać śpiew ptaków. Niespieszny poranek, przeciągamy się w ogrodzie po czym idziemy zjeść śniadanie. Ponownie po trzech minutach usłyszymy głos (tym razem Ronalda Branda), który także nie powala, ale zdecydowanie bardziej mi odpowiada niźli głos Harrisona. W dalszej części usłyszymy fenomenalne mięsiste klawisze. Bardzo dobry moment tej płyty (brawa dla basu). 
The Day Works od samego początku wita nas głos oraz bas Ronalda Branda. Jeśli chodzi o muzyczną stronę tego utworu to z dość skocznymi fragmentami mieszają się tu fragmenty podniosłe, grane trochę na modłę kościelną. Na szczęście w późniejszej części tego utworu mamy nieco Hammondowych popisów, które dodają uroku tej kompozycji.
Suita jak i cała płyta kończy się piosenką The Day Rests z bardzo przyjemnymi klawiszami i gitarą akustyczną. Dzień ma się ku końcowi, kielichy kwiatów zamykają się, a gwiazdy dają światło. Spokojny utwór, który daje odpocząć i przygotowuje do snu wyciszając słuchacza wewnętrznie.
Between The Universes nie odkrywa niczego nowego. Panowie tworzyli po prostu jeden z bardzo wielu grających wtedy progrockowych zespołów. Ich muzykę można porównywać do twórczości innych, tylko po co? Jedni usłyszą tu właśnie ELP czy The Moody Blues, a inni Triumvirat lub The Nice. Jak pisałem wcześniej, mankamentem tego albumu są wokale, które nie porywają. Natomiast w warstwie muzycznej można znaleźć wiele ciekawych dźwięków, które umilą słuchaczowi czas. No i zawsze intrygowała mnie ta okładka…  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz