- Between The Universes
- Mars Detection
- Suburban Day Suite
- The Day Awakes
- The Day Works
- The Day Rests
Dziś krótko ponieważ
obowiązki nie pozwalają na wiele. Twórcą i założycielem tej niemieckiej grupy był Peter K. Seiler, grający na instrumentach klawiszowych. Był studentem
(studiował muzykę klasyczną) który marzył o tym aby grać rocka i tworzyć muzykę
podobną do tej, którą grali panowie z Emerson, Lake & Palmer. Do tego
przedsięwzięcia dołączyli wokalista Ronald Brand, grający też na gitarach
basowej i elektrycznej oraz perkusista Bernhard Schuh. Już jako Tritonus
nagrali dwa albumy (debiut został wydany w 1975 pod tytułem Tritonus). Do
nagrania drugiego albumu panowie zaprosili wokalistę Geffa Harrisona, który
dopiero co rozstał się z grupą Kin Ping Meh.
Tak naprawdę to trochę
zapomniany zespół. Może swoją twórczością nie zasłużył się jakoś wybitnie dla
muzyki, ale ja wracam do Between The Universes z wielką ochotą. Album oparty
jest przede wszystkim na instrumentach klawiszowych.
Już pierwszy, tytułowy utwór zawarty na tej płycie o tym świadczy. Wita nas ściana organowych dźwięków z ciekawą perkusją i odgłosami kotłów. Bardzo udany, mocny wstęp po którym następuje uspokojenie. Takich zmian mamy tu kilka. Paleta instrumentów klawiszowych użyta w tym utworze jest dość pokaźna. W okolicach trzeciej minuty nadchodzi mały minus tego otwieracza, wokale (Geff Harrison). Tyle lat, a ja do dziś się nie mogę do niego przekonać. Całe szczęście, to muzyka wyraźnie tu wygrywa.
Drugim i ostatnim utworem na stronie A jest Mars Detection. To trwający nieco ponad osiem minut utwór instrumentalny. Tu ponownie mamy dominację instrumentów klawiszowych, które tworzą całą tą przytłaczająco – kosmiczną atmosferę. Nie możemy zapomnieć tutaj o dość ciekawej pracy Schuha na perkusji. Ciekawa kompozycja.
Strona B tego winyla to suita zatytułowana Suburban Day Suite, która składa się z trzech części. Pierwsza odsłona nosi tytuł The Day Awakes. Na sam początek piękne kosmicznie brzmiące klawisze z małym wtrąceniem cymbałów. Jak sam tytuł sugeruje dzień się budzi, słychać śpiew ptaków. Niespieszny poranek, przeciągamy się w ogrodzie po czym idziemy zjeść śniadanie. Ponownie po trzech minutach usłyszymy głos (tym razem Ronalda Branda), który także nie powala, ale zdecydowanie bardziej mi odpowiada niźli głos Harrisona. W dalszej części usłyszymy fenomenalne mięsiste klawisze. Bardzo dobry moment tej płyty (brawa dla basu).
The Day Works od samego początku wita nas głos oraz bas Ronalda Branda. Jeśli chodzi o muzyczną stronę tego utworu to z dość skocznymi fragmentami mieszają się tu fragmenty podniosłe, grane trochę na modłę kościelną. Na szczęście w późniejszej części tego utworu mamy nieco Hammondowych popisów, które dodają uroku tej kompozycji.
Suita jak i cała płyta kończy się piosenką The Day Rests z bardzo przyjemnymi klawiszami i gitarą akustyczną. Dzień ma się ku końcowi, kielichy kwiatów zamykają się, a gwiazdy dają światło. Spokojny utwór, który daje odpocząć i przygotowuje do snu wyciszając słuchacza wewnętrznie.
Już pierwszy, tytułowy utwór zawarty na tej płycie o tym świadczy. Wita nas ściana organowych dźwięków z ciekawą perkusją i odgłosami kotłów. Bardzo udany, mocny wstęp po którym następuje uspokojenie. Takich zmian mamy tu kilka. Paleta instrumentów klawiszowych użyta w tym utworze jest dość pokaźna. W okolicach trzeciej minuty nadchodzi mały minus tego otwieracza, wokale (Geff Harrison). Tyle lat, a ja do dziś się nie mogę do niego przekonać. Całe szczęście, to muzyka wyraźnie tu wygrywa.
Drugim i ostatnim utworem na stronie A jest Mars Detection. To trwający nieco ponad osiem minut utwór instrumentalny. Tu ponownie mamy dominację instrumentów klawiszowych, które tworzą całą tą przytłaczająco – kosmiczną atmosferę. Nie możemy zapomnieć tutaj o dość ciekawej pracy Schuha na perkusji. Ciekawa kompozycja.
Strona B tego winyla to suita zatytułowana Suburban Day Suite, która składa się z trzech części. Pierwsza odsłona nosi tytuł The Day Awakes. Na sam początek piękne kosmicznie brzmiące klawisze z małym wtrąceniem cymbałów. Jak sam tytuł sugeruje dzień się budzi, słychać śpiew ptaków. Niespieszny poranek, przeciągamy się w ogrodzie po czym idziemy zjeść śniadanie. Ponownie po trzech minutach usłyszymy głos (tym razem Ronalda Branda), który także nie powala, ale zdecydowanie bardziej mi odpowiada niźli głos Harrisona. W dalszej części usłyszymy fenomenalne mięsiste klawisze. Bardzo dobry moment tej płyty (brawa dla basu).
The Day Works od samego początku wita nas głos oraz bas Ronalda Branda. Jeśli chodzi o muzyczną stronę tego utworu to z dość skocznymi fragmentami mieszają się tu fragmenty podniosłe, grane trochę na modłę kościelną. Na szczęście w późniejszej części tego utworu mamy nieco Hammondowych popisów, które dodają uroku tej kompozycji.
Suita jak i cała płyta kończy się piosenką The Day Rests z bardzo przyjemnymi klawiszami i gitarą akustyczną. Dzień ma się ku końcowi, kielichy kwiatów zamykają się, a gwiazdy dają światło. Spokojny utwór, który daje odpocząć i przygotowuje do snu wyciszając słuchacza wewnętrznie.
Between
The Universes nie odkrywa niczego nowego. Panowie tworzyli po prostu jeden z bardzo
wielu grających wtedy progrockowych zespołów. Ich muzykę można porównywać do twórczości
innych, tylko po co? Jedni usłyszą tu właśnie ELP czy The Moody Blues, a inni
Triumvirat lub The Nice. Jak pisałem wcześniej, mankamentem tego albumu są
wokale, które nie porywają. Natomiast w warstwie muzycznej można znaleźć wiele
ciekawych dźwięków, które umilą słuchaczowi czas. No i zawsze intrygowała mnie ta
okładka…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz