piątek, 5 stycznia 2018

Podsumowanie Roku 2017




Ciężkie są powroty do codzienności, ale co zrobić. Po kilkunastu dniach laby i nicnierobienia czas ponownie stanąć na nogi.
Trzeba również tradycyjnie jakoś podsumować miniony już rok 2017.
Moja kolekcja powiększyła się o 153 płyty. To słabiej niż w latach poprzednich. Z czego to wynikło? Nie wiem. W tej puli znalazło się kilkanaście nowości. Jednak, jak to drzewiej bywało, lwią część zakupów stanowią albumy z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
W minionym 2017 wyszło naprawdę sporo albumów godnych uwagi. Swoje płyty wydali też Artyści, którzy na moich półkach zajmują ważne miejsce. Niestety na większości tych albumów zawiodłem się srodze, ale o tym nieco dalej. Skoncentrujmy się póki co na krążkach, które najbardziej mnie urzekły. Tradycyjnie wybieram dziesięć płyt. Nie będę ich szeregował od najlepszej do najgorszej. Po prostu te są warte moich uszu i z ogromną przyjemnością gościły w moim odtwarzaczu oraz na talerzu.

Richard Barbieri - Planets + Persona [recenzja]
To chyba jedyny (nie, był jeszcze jeden) album z 2017, który oczarował mnie od początku, od pierwszego przesłuchania. Lubię takie płyty. Włączam i po początkowym skrzywieniu, dalej jest tylko lepiej i lepiej. Znakomita pozycja.

Peter Bjargo - Animus Retinentia [recenzja]
Ciemna, mroczna, taka jak lubię. No i w końcu udało mi się ją zdobyć na krążku. Potrzebowałem na to wielu miesięcy, ale jest. Szkoda, że takie płyty przepadają kompletnie w dzisiejszych czasach.

Max Richter - Three Worlds: Music From Woolf Works
Coś ze stajni Deutsche Grammophon. To kolejna po Planets + Persona płyta, która powaliła mnie od pierwszego przesłuchania. Zaduma, historia, wzruszenie. Chcesz się wyciszyć, odprężyć? Ta płyta ci to zagwarantuje. Wspaniała robota.

Andrzej Korzyński - Wielki Szu [recenzja]
Marzenie stało się faktem. W końcu mogę posłuchać muzyki z jednego z ulubionych filmów, kiedy chcę i ile razy chcę. To kapitalny powrót do przeszłości i cała masa wspomnień.

Hans Zimmer & Benjamin Wallfisch - Blade Runner 2049
Ci, którzy spodziewali się drugiego Vangelisa srodze się rozczarują. Na tę ścieżkę trzeba patrzeć całkiem inaczej. W najbliższych dniach postaram się w tym temacie skrobnąć coś więcej na blogu.

Johannes Luley - Qitara
To drugi solowy album tego muzyka. Pierwszy mnie zachwycił. Kupiłem go dzięki wspaniałej okładce, a i na muzyce się nie zawiodłem. Na swoim drugim krążku Luley skręca zdecydowanie w stronę jazzu i fusion. I trzeba przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle.

Steve Hackett - The Night Siren [recenzja]
Nie powala, ale jakoś wyjątkowo dobrze mi się tego słucha. Jeśli chodzi o Hacketta to nie jestem wielkim entuzjastą jego twórczości powstałej w XXI wieku. Ta płyta jakoś mi podpasowała i często gościła w moim odtwarzaczu.

Kazik & Kwartet Proforma - Tata Kazika Kontra Hedora [recenzja]
Przede wszystkim za teksty Pana Stanisława. Trzeba przyznać, że miał gość talent. Ogrodnik powala. I odezwał się we mnie jakiś sentyment i powrót do płyt Tata Kazika i Tata 2.

Blackfield - V
W 2017 światło dzienne ujrzały dwie płyty na których udziela się Steven Wilson. Ta i jego solowe dzieło. Pomyślałem, że jeżeli mam słuchać popowego oblicza Wilsona to zdecydowanie wybieram Blackfield. Jego solowa płyta zatytułowana To The Bone mocno mnie rozczarowała. Co do V? October mnie rozłożył. Gdyby żył Beksiński z pewnością często by grał ten utwór.

Strawbs - The Ferryman's Curse
To chyba jedyna płyta dinozaurów, która mi podeszła w tym roku. Muszę jednak zaznaczyć, że jest tu kilka utworów, które ewidentnie mi nie leżą. Jednak pierwsza część tego albumu jest naprawdę ciekawa. Pewnie też coś na jej temat skrobnę niebawem.

No tak to mniej więcej wygląda. Właściwie zamiast tego Kazika mógłbym umieścić tu chociażby płytę Midge’a Ure’a Orchestrated. Wielkie przeboje zagrane z orkiestrą. Patent sprawdzony już przez bardzo wielu Artystów, ale znakomicie się tego słucha. Niby wszystko znam na pamięć, a takie Dancing With Tears In My Eyes wzruszyło mnie dogłębnie.

Jak co roku przeżyłem też sporo rozczarowań. Z niecierpliwością czekałem na kilka płyt „starych wyjadaczy”. Niestety każda kolejna była słaba lub bardzo słaba. Pierwszym wyczekiwanym albumem był Eloy The Vision, The Sword And The Pyre Part 1. Początkowo miała się ukazać w marcu, później w czerwcu, w końcu wyszła po wakacjach i zawód. Słychać że to Eloy, ale to wszystko już było. Nuda, straszna nuda.
Drugi zawód to Mike & The Mechanics i album Let Me Fly [recenzja]. Okrutnie proste granie, a i z wykonaniem słabo. Dobre dwa utwory.
Kolejne rozczarowanie to nowa płyta gigantów z Włoch. Chodzi o grupę Premiata Forneria Marconi i album Emotional Tattoos. Niby to ładne, ale kompletnie bez polotu, bez pomysłu, bez zaskoczeń. Czas kończyć Panowie.
O Wilsonie już wspomniałem. Do tego wszystkiego słabe Procol Harum, Buckingham/McVie czyli Fleetwood Mac bez Stevie Nicks. Beznadziejny Waters i cieniutkie a-ha w serii MTV Unplugged.
Doświadczyłem jeszcze jednego rozczarowania. Pewna grupa wydała nowy album po 42 latach! Ale o tym wspomnę niedługo na łamach mojego pamiętnika.
Co więcej? Chyba nic.

W tym, już 2018, czekam na trzy płyty, które wiem, że mają się ukazać. Mam nadzieję, że spotkają mnie też inne albumowe niespodzianki. Wiem już (mam bilet), że w tym roku zaliczę co najmniej jeden arcyważny koncert. Będzie to występ King Crimson, z czego już dziś cieszę się niesamowicie. Być może wybiorę się jeszcze na Camel, ale nie wiem czy dam radę bo grają w tym samym miesiącu co King Crimson.
Co do bloga? Panie Arku, zagrzał mnie Pan do pracy. Rok temu napisał Pan „Życzę Wszystkiego Najlepszego w 2017 r. i pociągnięcia bloga przynajmniej jeszcze rok”. Pociągnąłem. Mam nadzieję, że nadal Pan czyta i znalazł Pan coś dla siebie.
A dalsze losy Music is the Healer? Nie wiem. Jak wspomniałem, pewnie pociągnę ten temat jeszcze jakiś czas, ale wiara i chęci coraz mniejsze. Są wejścia, cyferki niby rosną, ale… Zobaczymy.

Na sam koniec. 
Znalazłem ostatnio w sieci rysunek. Pozwoliłem sobie go tu skopiować gdyż idealnie przedstawia on moją osobę. Idealnie.
Wspaniały, prawda?

10 komentarzy:

  1. Oczywiście, że czytam. Jestem stałym bywalcem Twojego bloga. I nie tylko ze względu na muzykę, którą opisujesz ale też dla emocji, wspomnień, refleksji, które temu toważyszą. Często bliskich i mojemu sercu. Jest prawdziwie.
    Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!!!
    Arek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niesamowita radość. Dla takich Czytelników warto nadal ciągnąć ten mój pamiętnik.
      Dziękuję drogi Arku za te słowa i za prenumeratę ;-)

      Usuń
  2. Podobnie jak Kolega Arek z dużą przyjemnością czytam kolejne wpisy. Za zeszły rok szczególnie dziękuję za przypomnienie Cocteau Twins. Również dla mnie "Treasure" to wyjątkowy album, a sposób jego przedstawienia jest przejmujący i bardzo mi bliski. Wspomnienia, emocje i przemijanie... Po prostu prawda.
    Pozostaje życzyć dalszej wytrwałości w pisaniu i trzymania poziomu recenzji/pamiętnika w Nowym Roku. Bo jak mawiał Piotr Kaczkowski: "Nigdy nie jest za późno, aby poznać dobrą muzykę."
    Dużo zdrowia, wielu wzruszeń i pięknej muzyki w 2018 roku
    Pozdrawiam serdecznie
    Leszek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie dziękuję Drogi Leszku za te słowa. Również wszystkiego dobrego oraz półek zapchanych wspaniałą muzyką. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Podzielamy zdania przedmówców. Szymonie, Twój blog to nie tylko muzyka, to także wzruszenia, wspomnienia i pasja. Nie są to zimne recenzje jakich wiele w sieci. Do tego masz te wszystkie płyty o których piszesz. Nie jesteś "plikowym" recenzentem. Gdy czytamy Twoje wpisy wiemy, że są one prawdziwe, pisane z serca i oparte na prawdzie.
    Długo szukałem takiego bloga w którym mam różnorodność muzyczną oraz łyk czyjegoś życia. Nie piszesz pod kogoś, nie wstydzisz się muzyki jakiej słuchasz. To widać. Czytaniem Twoich recenzji zaraziłem też moją żonę i od pewnego czasu czytamy je razem.
    Dołączamy się także do życzeń i kontynuuj swe dzieło.
    Pozdrawiamy
    Marzenia i Piotr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Wam kochani za ten wpis. Tak Wasze słowa jak i Leszka i Arka powodują, że to ma sens, są dowodem na to, że nie piszę w próżnię. To miłe, że ktoś docenia to co robię. Fajnie jest jak p przeczytaniu danej recenzji Czytelnik kupi konkretną płytę lub przypomni sobie o tej dobrze znanej, która gdzieś tak się kurzy na półce od lat.
      Muzyka jest dla mnie bardzo ważną częścią mojego życia i kilka razy była moim aniołem stróżem. To potwierdza ów obrazek, który zamieściłem tym wpisie.
      Pozdrawiam Was

      Usuń
  4. Dzień dobry,
    Zacznę od tego, iż w pełni podpisuję się pod tym co napisali Marzena i Piotr.
    Od siebie dodam, iż piszesz o muzyce w sposób bardzo ciekawy. Z jednej strony widać pasję i znajomość tematu. Z drugiej dajesz do zrozumienia, iż to co napisałeś jest Twoją osobistą oceną, a czytelnik ma pełne prawo się z nią zgodzić lub nie.
    Poza tym chciałbym dodać, iż dzięki Twojemu blogowi dowiedziałem się o istnieniu takich ciekawych artystów jak Schicke, Führs, Fröhling czy też Kraan. Poza tym niektóre wpisy były impulsem do sięgnięcia po płyty już dawno niesłuchane (np. Pavlov’s Dog, Foreigner).
    Mam nadzieję, że blog będzie nadal istniał. Proszę nie przejmować się małą ilością komentarzy. Czytam też inne muzyczne blogi. I tam też dyskusje pod wpisami nie są zbyt częste.
    Pozdrawiam,
    Adam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I proszę, do zacnego grona dołącza jeszcze Pan Adam. Dziękuję.
      Tak, przedstawiam tu płyty które sam przynajmniej lubię. Szkoda mi czasu i sił na opisywanie albumów, których nie lubię. I to prawda, nie chcę i nie mam zamiaru kreować się na wyrocznię, która jednoznacznie stwierdzi co dobre, a co złe. Ja jedynie naprowadzam.
      Co często podkreślałem, najlepszym recenzentem muzyki są nasze własne uszy.
      Dziękuję raz jeszcze drogi Adamie za ten wpis i do przeczytania.

      Usuń
  5. Pisz dalej SzyMon. Nieważne ilu przeczyta recenzje, ważne ilu z nich spróbuje przesłuchać płyty o których piszesz i zakocha się w prawdziwej MUZYCE. W naszym nowoczesnym, "cywilizowanym" świecie liczy się ilość.A Ty opisujesz to co jest naprawdę ważne - jakość życia, pamięć o pięknych chwilach, pozostanie sobą wbrew okolicznościom. Pisz, bo bez takich pasjonatów jak Ty pozostanie nam czytać wypociny polityków i gwiazd kuchni.
    lizardix
    PS. Polecam Ci płytę Shingetsu "New Moon" - zakochasz się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję lizarixsie za dobre słowo. Naprawdę ładne są te słowa, które napisałeś.
      Co do Shingetsu. Znam tę płytę, chociaż znam to za duże słowo. Jeszcze raz, poznałem ją dzięki mojemu koledze. Było to jednak gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych i prawdę mówiąc niewiele pamiętam.
      W wolnej chwili poszukam jej w sieci (niestety nie posiadam egzemplarza), ale z tego co pamiętam to troszkę była w klimatach genesisowskich.

      Usuń